Fotografia i pokazy

086

Odwiedziłem kiedyś przyjaciół w okolicach Mahanoro. Jednej nocy spałem w małej wiosce, w której spędziłem potem większą cześć dnia. Był czas i były chęci na fotografowanie. No cóż, pech był taki, że w starciu z obiektywem mieszkańcy nie byli w stanie zachować naturalności.

W malgaskich wioskach większość ludzi nie posiada żadnej fotografii. Gdy wyciągnie się w takim miejscu aparat, dochodzi do rozmaitych sytuacji:

- cała wioska szturmuje obiektyw, wszyscy pragną być na pierwszym planie

- wszyscy są tak zmieszani, że uciekają

- gdy wybiorę kogoś, kogo chcę sfotografować, cała wioska doradza mu, jak ma się w tej nadzwyczajnej chwili zachować. Dziesiątki ludzi krzyczą: zaciśnij usta! Wyprostuj się! Nie uśmiechaj się! Nie ruszaj się! Wielu modeli w takiej chwili nie wytrzymuje presji i ucieka, gdzie wanilia rośnie. Dla Malgasza spotkanie fotografa, to jak dla nas wieczór w operze, przy czym podobno statystyczny Polak chodzi do opery raz na 70 lat. Dorośli potrafią wykręcać małym, zrozpaczonym dzieciom głowy w kierunku aparatu, podczas, gdy te zapewne widzą we mnie białego diabła. W takich momentach najlepiej szybko cokolwiek pstryknąć, żeby skrócić męki malucha.

W wiosce, w której powstało to zdjęcie, wszyscy byli tak przejęci mną i wizją zostania sfotografowanym, że nie mogłem w nich złapać żadnej naturalności. Żeby nie zostać z pustymi rekami, sfotografowałem „zabawkę o krótkim terminie przydatności”, a twórcę i właściciela w jednej osobie, ograniczyłem do dolnej, niemimicznej partii ciała. Gdy robiłem zdjęcie, pełna przejęcia wioska przeciągle wyła. Właściciel zabawki czuł się chyba jakby mu robili zęba bez znieczulenia.

Comments are closed.