Fotografia i pokazy

088

To jest Elias. Musiałem się chwilę zastanowić, jak mu na imię. Ogólnie chłopak mieszka tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zatrzymaliśmy się kiedyś w jego wiosce na popas. Pozytywne wspomnienie, bo wioska dobra, domy zadbane, droga czysta, twardopiaskowa, a ludzie do rzeczy. Wieś trafiła nawet swego czasu na na okładkę Rowertour-u.

Przyjechaliśmy rowerami. Stanęliśmy w wiosce, bo zobaczyliśmy sklep. Sklep był wielkości sporej szafy. Wykupiliśmy cały zapas rano kafe, czyli wody-kawy. Było tej doskonałej kawy jakieś 150-200 mililitrów. Niech no spojrzę do innych zdjęć, co jeszcze było w ofercie sklepu… Całkiem bogato! Kilka papierosów, zapalniczki w ilości cztery na pięć, równa się dwadzieścia sztuk, mydło z metra cięte, 18 jednorazowych proszków do prania, coś w niebieskim woreczku i coś w białym zakręcanym pudełeczku. Nie udało nam się tu wydać tyle pieniędzy, ile byśmy chcieli.

Wioska była zaciekawiona naszym przyjazdem. Miejscowa ludność, gdy zrozumiała, że nadszedł moment robienia interesów, otworzyła również dwa konkurencyjne sklepiki. Dotychczas pozostawały one w uśpieniu i udawały zwyczajne chaty. Popas zyskał nowego blasku za pomocą butelki „słodkiego picia”, czyli najprawdziwszej oranżady!

Polewaliśmy oranżadę, ja siedziałem spokojnie z aparatem i patrzyłem, czy coś dobrego się nie zdarzy. No i zdarzyło się. Chłopak, na oko siedmiolatek, maszerował środkiem wioski. Na głowie niósł pół monstrualnego ampalibe, owocu podobnego w wyglądzie do duriana. W dłoni trzymał obrany kawałek, który ochoczo wsuwał. Ampalibe jest bardzo klejący, można powiedzieć, że to „owoc miodowy”. Żeby się nie uświńtuszyc, chłopak zrobił sobie na głowie izolację z powiewającego jak grzywka liścia bananowca. Nic mu nie trzeba było robić, wystarczyło złapać go w cieniu i gotowe.

Dumny byłby ten chłopak, gdyby widział wszystkie czasopisma, reklamy festiwali podróżniczych, pokazów slajdów, wszelakie czołówki ze swoją twarzą. Gdy wysyłam kilka zdjęć do wyboru, organizatorzy pokazów często wybierają właśnie Eliasa.

Byłem potem jeszcze dwa razy w tej wiosce, dałem miejscowym ich zdjęcia. Eliasa jakoś nie mogę spotkać, a jego zdjęcie na pewno by go niesamowicie ucieszyło. Nie chcę przekazywać zdjęcia przez przypadkową osobę, wolę poczekać, aż na niego trafię. Miejscowi tak uwielbiają fotografie, że jak znam Madagaskar, to by mu zdjęcia nie przekazali, tylko powiesili je u siebie w chacie.

Narodziła się już taka świecka tradycja, że gdy tu przyjeżdżam, to kupuję oranżadę, a właściciel sklepiku wysyła swoje dzieciaki, żeby poszukały Eliasa. A ten zawsze się gdzieś szwenda.

Comments are closed.